Sama teza nowa nie jest. Anonimowi internauci już dawno dokonali demaskatorskiego odkrycia, że rodzice Gorzelikowej matki sprowadzili się na górnośląską ziemię „za starej Polski”, więc wnuk ich pokrojcowany, choć z ojca Ślązaka w Zabrzu zrodzony, sam miana Ślązaka niegodzien. Tym razem jednak osąd ten wsparty został profesorskim autorytetem. I cóż mnie począć teraz z tym brzemieniem wykluczenia ze śląskiej społeczności. Moja kondycja równa się tej, jaka stała się udziałem „żydowskich mieszańców pierwszego stopnia”, zwanych potocznie Halbjude, którym strażnicy rasowej czystości odmawiali prawa do umierania w okopach za Führera i Vaterland. Profesorskie sito okazuje się niemniej gęste niż to rodem z Rassenamtu.
Przodkowie moi – choć gnili gdzieś wśród pruskich błot za kajzera na chwałę Rzeszy – dla „prawdziwych Niemców” pozostawali „Polaken”. Inni członkowie familii zmitrężyli życie, by zmazać piętno „Szwaba”, którym naznaczyli ich „prawdziwi Polacy”. A mnie niebodze już nawet Ślązakiem mienić się nie wolno. Jedyna pociecha z Tuwimowego „Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba”, które zawsze na śląską modłę sparafrazować mogę. Przypominając inne słowa mistrza:
I tem aryjskie rzeczoznawce,
wypierdy germańskiego ducha
(gdy swoją krew i waszą sprawdzę,
wierzcie mi, jedna będzie jucha),
Karne pętaki i szturmowcy,
zuchy z Makabi czy Owupe,
i rekordziści i sportowcy,
całujcie mnie wszyscy w dupę.
