O autorze
Jerzy Gorzelik - historyk sztuki, pracownik Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Zwierzę polityczne: od kilkunastu lat działa w Ruchu Autonomii Śląska, któremu przewodniczy od roku 2003. Od 2010 r. radny sejmiku, a w latach 2010-2013 członek zarządu województwa śląskiego.

Industrialna katedra w pejzażu księżycowym

Budowę elektrowni "Oberschlesien" rozpoczęto w latach Wielkiej Wojny, która w błocie Flandrii, Francji i Prus Wschodnich utopiła niemal sześćdziesiąt tysięcy górnośląskich istnień. Jak głosi legenda, która nie znajduje żadnego potwierdzenia w faktach, pierwotnie planowano tu produkcję amunicji. Zanim jednak wyniesiono mury do poziomu dachów, cysorz, zwany przez Górnoślązaków pieszczotliwie Wilusiem, abdykował, a stary świat odszedł w niebyt. Węgiel, stal i energia potrzebne były jednak każdej władzy – cesarskiej i republikańskiej, polskiej i niemieckiej.

Pamiętacie album „Animals” zespołu Pink Floyd z 1977 roku? Mniejsza o wokal Watersa i o infantylną krytykę kapitalizmu, odwołującą się bałamutnie do „Folwarku zwierzęcego” Orwella. Wartością samą w sobie pozostanie okładka, która ikoną pop-kultury uczyniła dzieło architektury industrialnej – imponującą elektrownię Battersea.



Skojarzenie z londyńskim kolosem z cegły powraca nieodmiennie podczas wizyt w miejscu równie niezwykłym – w elektrociepłowni „Szombierki” w Bytomiu, dawnej elektrowni „Oberschlesien”. Oba obiekty należą do tego samego porządku industrialnych katedr, w których duch kreatywności i ludzki geniusz skumulowały się i zastygły w materialnej formie. Podobnie jak w gotyckich arcydziełach Ile-de-France. Typowym dla tej części Europy paradoksem jest, że istnienie bytomskiego giganta dotarło do mej świadomości znacznie później niż jego młodszej o dwie dekady angielskiej siostry. Mimo, że korzenie części mojej rodziny sięgają właśnie dóbr rycerskich Szombierki – Rittergut Schomberg. Serca przemysłowego imperium rodziny von Schaffgotsch, wchłoniętego z czasem przez miasta Bytom i Ruda Śląska. Nazwisko świetnego śląskiego rodu skojarzone zostało z jedną z największych fortun Królestwa Prus dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności i zręcznym zabiegom matrymonialnym. Faktycznym jej twórcą był parweniusz – Karl Godulla, który w latach PRL, spoczywając już od dawna w krypcie szombierskiego kościoła, ni stąd ni zowąd stał się Karolem Godulą. Opuszczając ten łez padół pod własnym nazwiskiem król cynku swój majątek pozostawił półsierocie Joannie Gryzik. Ta, uszlachcona przez króla, pojęła za męża zubożałego hrabiego Hansa Ulricha von Schaffgotsch.

Elektrownię „Oberschlesien” wybudowano już po śmierci obojga małżonków dla koncernu Gräflich Schaffgotsch'sche Werke GmbH. Projekt dostarczyli kuzyni Emil i Georg Zillmannowie, architekci niepośledniego talentu, których historyczny niefart polegał na tym, że większość swych dzieł zrealizowali na wschodnich rubieżach Cesarstwa Niemieckiego. Kiedy kilkadziesiąt lat temu architektura początków XX wieku znalazła się w spektrum naukowych zainteresowań, w Niemczech ich twórczość, odcięta żelazną kurtyną, pozostała nieznana. A w Polsce – jako dziedzictwo czasów niemieckiego i kapitalistycznego wyzysku – nie stanowiła wdzięcznego tematu badań. I tak twórcy słynnych dziś robotniczych osiedli Nikiszowiec i Giszowiec, wpadli na dłuższy czas w czarną dziurę zapomnienia.

Budowę ceglanego giganta rozpoczęto w latach Wielkiej Wojny, która w błocie Flandrii, Francji i Prus Wschodnich utopiła niemal sześćdziesiąt tysięcy górnośląskich istnień. Jak głosi legenda, która nie znajduje żadnego potwierdzenia w faktach, pierwotnie planowano tu produkcję amunicji. Zanim jednak wyniesiono mury do poziomu dachów, cysorz, zwany przez Górnoślązaków pieszczotliwie Wilusiem, abdykował, a stary świat odszedł w niebyt. Węgiel, stal i energia potrzebne były jednak każdej władzy – cesarskiej i republikańskiej, polskiej i niemieckiej. Szczyty stumetrowych kominów oglądały zatem jak możni tego świata pochylili się z troską nad Górnym Śląskiem i dawnymi dobrami rycerskimi Szombierki, by granicznymi szlabanami przeciąć pokłady węgla i tramwajowe linie, a familoki podzielić na te poddane władzy Berlina i Warszawy. Jak pobliska kopalnia „Gräfin Johanna” wyrastała na największą w Niemczech, a ponoć i w Europie. Jak grupa komunistów na Bobrku obrzuciła kamieniami automobil przyszłego kanclerza Rzeszy. Jak Sowieci wypruwali maszyny z trzewi nieodległej huty, a także z samej elektrowni, by wywieźć je na wschód – wraz z kilkudziesięcioma tysiącami Górnoślązaków. Gdzie zwykle rdzewiały na bocznicach, bowiem nikomu nie przyszło do głowy, by maszyny i Górnoślązaków zwieźć w te same miejsca. Tak, by miał je kto na powrót złożyć i uruchomić. Było wreszcie arcydzieło Zillmannów świadkiem niezwykłej metamorfozy ostatnich dekad – mieszkańcy pobliskich robotniczych osad z pożądanej siły roboczej, którą przez niemal cały XX w. wyrywano sobie wraz z surowcami, stali się ludźmi zbędnymi. Szansy na przetrwanie szukającymi w rozbiórce okolicznej infrastruktury – w tym torów kolei wąskotorowej, bronionych w nierównym boju przez grupę pasjonatów regionalnego dziedzictwa.

Doświadczenia elektrowni Battersea nie mogą równać się z niemym świadectwem bytomskiego kolosa. Kaprys utalentowanych rockmenów, pompujących swe bankowe konta buntem przeciw społecznym realiom zgniłego Zachodu, dał jednak londyńskiemu kompleksowi nowe życie. Choć nie jest ono usłane różami, o czym świadczy włączenie zabytku do rejestru „Heritage at Risk”. Bytomski zakład swoją szansę na zauroczenie Pink Floydów stracił bezpowrotnie. Jeśli wierzyć plotkom zespół gotów był dać w naszym regionie koncert u schyłku sytej epoki Gierka w zamian za akcje Huty Katowice. Słowo „akcje” nie figurowało jednak w słowniku realnego socjalizmu. Elektrociepłownia, w której za kilka miesięcy ostatecznie wygaszona zostanie produkcja, nie trafiła na okładki płyt i dziś czeka na życie po życiu. Pomysł ulokowania w niej Śląskiego Centrum Nauki, poparty dwunastoma tysiącami podpisów, nie znalazł dotąd uznania w oczach regionalnych decydentów, którzy woleliby ŚCN budować od podstaw w chorzowskim Parku Śląskim. Industrialna katedra Zillmannów ma potencjał, by stać się ikoną Górnego Śląska. Symbolem odrodzenia w księżycowym, zmaltretowanym krajobrazie, w którym życie pulsować będzie póki szczerzą się ku niebu ceglane zęby jej kominów.
Trwa ładowanie komentarzy...