Erotyczny problem marszałka

Muzeum Śląskie w Katowicach doczekało się w ostatnich miesiącach zainteresowania ze strony mediów i polityków, na jakie liczyć nie może żadna inna instytucja kultury. Nie za sprawą nowej siedziby, wznoszonej za grube euro na terenie dawnej kopalni. Również nie dzięki osiągnięciom zespołu pracowników z byłym już dyrektorem na czele.

Przedmiotem gwałtownych sporów stały się założenia pierwszej w Polsce ekspozycji poświęconej historii Górnego Śląska. Polityczna burza zmiotła pomysłodawcę wystawy, której pierwotnie w programie nowego muzeum nie było. Leszek Jodliński padł ofiarą rozpętanej przez Pałac Prezydencki polsko-śląskiej wojny o pamięć. Która pokazała jasno, że znacząca część polskich elit nie dojrzała do spojrzenia na dzieje górnośląskiego pogranicza w sposób wolny od nacjonalistycznych schematów i uprzedzeń. A wielu Ślązaków pozbawiła złudzeń, potwierdzając, że kaczyńsko-komorowska RP nie chce być ich państwem. W swoim państwie obywatel ma bowiem prawo spojrzeć na historię własnymi oczami. Ma prawo do dumy z cywilizacyjnych osiągnięć swych przodków, z pozostawionego przez nich dorobku. Także tego, który powstawał w administracyjnych ramach innych państw, a dziś winien być otaczany nie mniejszą troską niż dziedzictwo Warszawy czy Krakowa.



Determinacja, z jaką dążono do usunięcia niepokornego dyrektora muzeum, zaprowadziła uczestników tej gorszącej awantury daleko poza granice zwykłej przyzwoitości. Do ogłoszonego w atmosferze skandalu konkursu poza samym Leszkiem Jodlińskim nie zgłosił się żaden muzealnik z dorobkiem. Wydawało się zatem, że zamysł marszałka Sekuły (PO), który przybył do Katowic w styczniu z zadaniem spacyfikowania instytucji, może nie doczekać się realizacji. Okazało się jednak, że władza nie potrzebuje białych rękawiczek. Analiza protokołu z posiedzenia komisji konkursowej pozwala odtworzyć mechanizm mało wyrafinowanej manipulacji. Jedenaścioro członków komisji przed decydującym głosowaniem miało rekomendować maksimum dwóch kandydatów. Jedna osoba nie udzieliła żadnej rekomendacji. Dziesięć uznało przydatność Leszka Jodlińskiego, pięć Lesława Nowary – poety z Gliwic. Następnie odbyło się głosowanie na jednego z wymienionej dwójki - jawne, przez podniesienie ręki. Muzealnik otrzymał dwa głosy, poeta cztery, a pięciu członków komisji wstrzymało się od głosu.

Jak to się stało, że z pięciu osób, które wcześniej uznały przydatność do pełnienia funkcji Leszka Jodlińskiego, nie rekomendując przy tym kontrkandydata, aż trzy nie poparły go w decydującym głosowaniu? Co takiego wydarzyło się podczas obrad? Poza indywidualnymi rozmowami, których treści można się jedynie domyślać, kluczowe było wystąpienie jednego z przedstawicieli ministra. Bez ogródek stwierdził on, że ani minister kultury, ani też marszałek województwa, na powołanie Leszka Jodlińskiego się nie zgodzą. Komisja pokornie rekomendowała zatem zatrudnionego w drukarni cyfrowej poetę z Gliwic. I kiedy wydawało się, że marszałek Sekuła może wreszcie zameldować w Warszawie wykonanie zadania, pojawił się problem. Media zainteresowały się literackim dorobkiem kandydata, cytując fragmenty pikantnych erotyków jego pióra. Marszałek, znany z tego, że obejmując kolejne stanowiska, urzędowanie rozpoczyna od nabożeństwa przed maryjnym obrazem, chwycił się za głowę. Co tam brak kompetencji do kierowania muzeum! Nieważne, że kandydat nie ma w tym zakresie żadnego doświadczenia, a objąć miałby największe muzeum w regionie z ogromnym, jak na taką instytucję, budżetem. I stanąć przed niełatwym zadaniem wykonania przewidzianych w projekcie wskaźników. Ale kto to widział świństwa o „wyruchaniu czarnej z Mikołowa” wypisywać!

Nie sądzę, by pan Lesław Nowara – poeta z Gliwic, został powołany przez zarząd województwa na stanowisko dyrektora Muzeum Śląskiego. Gdyby zamiast erotyków pisał maryjne hymny, jego szanse wyglądałyby zdecydowanie lepiej. Na moment żal zrobiło mi się człowieka, który wplątany został w polityczną intrygę. Potem jednak doznałem olśnienia. Czy poeta mógł wymarzyć sobie lepszą reklamę swej twórczości? Jego wiersze cytowane są w regionalnej prasie, internauci prześcigają się w komentarzach. Udział w konkursie, w którym, by wygrać, wystarczyło nie być Jodlińskim, to prawdziwie mistrzowska zagrywka promocyjna! Jeśli zatem nie w Muzeum Śląskim, to może w Instytucie Adama Mickiewicza znalazłoby się miejsce dla tak niepospolitego talentu? Niech rozsławia polską kulturę na świecie, zamiast „nago dla niej leżeć na stole”. Panie Ministrze, proszę nie wahać się ani chwili i zawierzyć rekomendacji Pańskich ludzi! Niech talent Lesława Nowary nie marnuje się w naszym katowickim grajdołku.
Trwa ładowanie komentarzy...