Ostatnio emocje „środowisk patriotycznych” rozpalił list do władz Federacji Rosyjskiej podpisany przed dwóch działaczy Związku Ludności Narodowości Śląskiej. W uniżonym tonie dwaj panowie, którzy w środowiskach górnośląskich regionalistów mają opinię dziwaków (inni uważają ich za warszawską agenturę wpływu), zwrócili się do prezydenta Putina o to, by nie celował rakietami Iskander w terytorium Górnego Śląska. Sam ZLNŚ - w odróżnieniu od Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej, w sprawie którego ostatnio orzekał Sąd Najwyższy - nigdy nie uzyskał sądowej rejestracji. Nazwę przejął od stowarzyszenia założonego w roku 1996, którego proces rejestracyjny, ciągnący się do wyroku Wielkiej Izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w 2004 r., stanowił początek górnośląskiego przebudzenia. Poza nazwą obie organizacje niewiele łączy. Dawny ZLNŚ zmieniał świadomość, prowokował do dyskusji o śląskiej tożsamości. Wokół obecnego skupiła się niewielka grupka niechcianych w innych regionalnych stowarzyszeniach. Realizująca się w pisaniu kontrowersyjnych listów, pozwalających jej na krótkie momenty medialnego zaistnienia.
I oto ta garstka outsiderów spowodowała wśród „patriotycznie wzmożonych” nagły atak hicweli. Dumni dziedzice zwycięzców spod Cedyni i Grunwaldu, wychowani na Bogurodzicy, Trylogii i „Kamieniach na szaniec”, kołysani do snu szumem husarskich skrzydeł, zaczęli, roztrzęsieni jak galareta, wzywać na pomoc Maryję Królową Polski, duchy przodków i Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Na naszych oczach ów zwichnięty, płaczliwy patriotyzm łączy się w symbiozie z groteskową postacią górnośląskiego regionalizmu. ZLNŚ dostarcza okazji do nacjonalistycznych spazmów, sam zaś zostaje dowartościowany zainteresowaniem nieproporcjonalnym do swej siły, intelektualnego potencjału, a także do literackich walorów kolejnych epistoł.
Wypada życzyć sobie, by jednym udało się zmądrzeć, a drugim zmężnieć.
